Prazdnik młodziezy i takie tam

I znowu się nazbierało. Ale czas goni niemiłosiernie. Szczególnie latem. Choć w tym roku prawdziwego lata u nas jak na lekarstwo. Deszcz, mniejszy lub większy, stał się już naszą codziennością. A z tym wiążą się dwie inne sprawy: błoto na drogach (w ogóle błoto wszędzie) i brak prądu. Wyłączają go w tym roku też bardzo często, w zasadzie to codziennie. Choć te dwie sprawy mają i dobrą stronę – ekonomiczną. Jeśli błoto, to się nie chce jechać nigdzie jeśli koniecznie nie trzeba (zaoszczędza się pieniądze na benzynie), a jeśli nie ma prądu, to też się za niego nie płaci. No niestety, w rzeczywistości to tak różowo nie wygląda. Ale da się przeżyć.

Ostatnimi czasy moje życie był zdominowane przez dwie rzeczy: budowa i Prazdnik Młodzieży. Ta pierwsza już biegnie swoim torem, i w zasadzie nie wymaga już większego wkładu mojej energii. Dobre jest też to, że jak wyjdę z domu, to praktycznie dziesięć kroków i jestem na placu budowy. Na bieżąco widzę więc co się dzieje. A na dzisiejszy dzień już jest ukończony fundament i będziemy zabierać się do wylewania płyty i ocieplanej podłogi. A potem już ściany.

A prazdnik to już inna historia. Trochę dłuższa. Bo i przygotowania trwają już praktycznie od początku lipca. Trzeba zaplanować co się w tym roku kupi. Trzeba sprawdzić co wymaga remontu, i tak dalej. O kwestiach programowych nie wspominam nawet, zresztą ja się tym zajmuję w mniejszym stopniu. I potem już tylko wyjazdy do miasta to po to, to po tamto. A jedna taka wyprawa zajmuje cały dzień. No i droga bardzo ciekawa, bo remontują trasę Kokshetau – Pietropawłowsk i są tak zwane objezdne. Czyli obok drogi sypią żwir i sobie jeździj. Współczuję kierowcom tirów. Bo na takiej drodze więcej niż 20 czy 30 km/h się nie da. I to kilkanaście nieraz kilometrów.

A potem już samo Święto. W tym roku byli także wolontariusze. Przyjechali tydzień wcześniej pomagać. Różnie z tą pomocą było, ale niektórzy zrobili kawał dobrej roboty. Sam przyjazd wypadł w końcówkę wybijania drzwi między kuchnią a dawnym garażem. Oni przychodzą na kolację a tutaj nic nie gotowe. Wszystko w szaro-czerwonym pyle. Oczy mieli jak przysłowiowe pięć złotych. Ale potem dzień po dniu wszystko ładniało, było czyściejsze i zrobił się porządek. Sami potem mówili, że nie spodziewali się, że to tak wygląda. Zawsze jak się przyjeżdża, to wszystko już takie czyste i przygotowane. Wielka radość dla mnie w tym roku to ta nowa sala. Szczególnie przydatna była dla kuchni. Wiadomo, że gotować dla ponad trzystu osób nie jest łatwo i jedno pomieszczenie nie wystarczy. W tamtym roku wyglądało to żałośnie, niektóre rzeczy były robione w garażu (oczywiście posprzątanym, ale jednak). I potem się zaczęło. Najgorszy pierwszy dzień, kiedy wszyscy przyjeżdżają. Wszystkich rozłożyć, ułożyć. Jakoś upchać – dosłownie. Nie jest łatwo, bo mamy tylko dom rekolekcyjny, a jego szkoda i stare dwupiętrowe przedszkole, ale tam warunki nienajlepsze. Coś trzeba by myśleć na przyszłość, tylko problem zawsze ten sam – finanse. Jakby taki duży namiot, albo dwa, skądś skombinować… oj, marzenie.

A potem już wszystko biegnie swoim torem. Ja tylko mam pilnować, żeby wszystkiego starczyło, czasami trzeba podjechać po chleb, czasami po co innego. Czasami ktoś przyjedzie popatrzeć z władz i trzeba mu coś tam pokazać. Tak to normalnie idzie. Wieczorem kościół pozamykać, popatrzeć czy wszystko na swoim miejscu jest. Taka zwykła rola gospodarza. Dzięki Bogu starczało jeszcze czasu na modlitwę i czasami nawet na posłuchanie konferencji.

Wszystkiego opisywać się nie da, różne są momenty, na szczęście większość tych dobrych. Choć widomo, że i nerwy czasami puszczają. A są też i zabawne sytuacje. Jak na przykład 15 sierpnia – już w ostatni dzień. A było to tak. Po Uroczystej Mszy świętej, kiedy już szła procesja do kościoła, kątem oka dostrzegłem kota, który nie zrażony niczym zmierzał w kierunku kapłanów. Od razu stało się jasne, to mogła być tylko Marcjanna. Nie zważając na nic przecięła procesję wracających księży, przebiegając w sobie tylko znanym kierunku, tuż pod nogami Nuncjusza. Ten lekko zdumiony, przystanął na chwilę, popatrzył pod nogi, po czym uczynił nad kotem znak krzyża. I co, ma ktoś z Was kota pobłogosławionego przez Nuncjusza?

A potem już był obiad i wszyscy powoli się żegnali i do domu. I po południu cisza. I to taka, że ciężko w nią uwierzyć. A następnego dnia nic się nie dzieję. Tylko Maurycy łazi i sprawdza co się stało z tymi, którzy przez te pięć dni jego dokarmiali i głaskali. A poza nim teren parafialny wygląda jak w samo południe na westernie, tylko muchy słychać.

I w następne dni życie powoli wraca do normy. Jest jeszcze kilka dni porządkowania, znów praca, której nikt nie widzi. To trzeba materace pozwozić, to butle pochować, namioty i jurtę poskładać. I wiele innych drobiazgów. I najgorsze, za co się jeszcze nie mogę zabrać, wszystko podliczyć i przeliczyć. Oj, jak mi się nie chce.

I ostatnia wiadomość. Mamy nowego Księdza! Przyjechał nowy misjonarz – ks. Adam Boruta z archidiecezji (a jakże!) przemyskiej.

Jakby ktoś był zainteresowany, to coś więcej napisze, dajcie znać tylko.

Z Bogiem – z (cichego) Oziornego – o. Tomasz

2 responses to “Prazdnik młodziezy i takie tam

  1. o ile to możliwe, to prosimy w galerii o zdjęcia z budowy,
    jesteśmy bardzo ciekawi postępujących prac🙂

    pozdrawiam z ostatnimi promykami lata z Polski

  2. br. Kanizy Kąkol ofm (Polska)

    Cieszę się z kolejnego, nowego misjonarza i wszelkiego dobra, jakie ostatnim czasem dzieje się w Oziornoje – zapewniam o modlitwie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s