I po raz kolejny… Oziornoje

I już Kazachstan. Powroty bywają trudne. Z jednego choćby powodu. Gdzieś ucieka 4 godziny. I tak było tym razem: wylot z Kijowa 19:40, lądowanie 3:00. A sam lot tylko 4 godziny. Jak łatwo policzyć, cztery godziny mniej spania. Ale nieważne. Nauczony doświadczeniem, wcześniej zdobyłem karteczkę imigracyjną, wypełniłem ją już w samolocie i od razu po wyjściu mogłem szturmować kolejkę do odprawy paszportowej. Szturm był bardzo udany, bo byłem pierwszy. I tak oto w pół godziny po wyjściu z samolotu byłem już w Kurii. Po drodze jeszcze (jakże udane) pertraktacje o cenę taxi (w nocy innej możliwości transportu z lotniska nie ma) i wyłapanie swojej walizki. A w kurii to już sama przyjemność: prysznic, po całym dniu i pół nocy w podróży, nieocenione. Potem sms do Księdza Arcybiskupa z pytaniem gdzie pijemy kawę. Proszę mnie nie uważać za bezczelnego. To było wcześniej umówione. Bo po 4-tej wyruszyliśmy na północ. Do Taynszy, gdzie było bierzmowanie. Z drogi niewiele pamiętam, choć początek był bardzo owocny – wspólna modlitwa brewiarzowa. I w Taynszy niespodzianka – procesja przez miasto. Ta Msza św. była także Eucharystią, na której spotykała się cała parafia w Roku Wiary. Ciekawie to wyglądało, policjanci pilnujący ruchu, może w Polsce coś normalnego, ale mówię Wam, że tutaj nie. Po Mszy sesja fotograficzna, po niej przepyszny obiad u Sióstr. A potem moment tak oczekiwany (przynajmniej przez mnie) – sjesta. Wieczorkiem już tylko podróż na rzut beretem do Kellerovki, gdzie miłe (i pyszne, a jakże) spotkanie u kellerovskich Sióstr. A potem już podróż do Oziornego. Wczesnym rankiem (o 7-mej) wspólna horka kapłańska i potem Msza święta w Karmelu. I tam przede wszystkim minęło przedpołudnie. Ja się na chwilę wyrwałem zobaczyć co na parafii słychać. A potem uroczysty obiad na część s. Paschali w dzień jej imienin. Bagatela – 25 gości. I tak minął dzień drugi. Nie dziwicie się, że nie piszę za dużo co działo się potem, ale udałem się na drzemkę. I w końcu wtorek. Można powiedzieć, że powrót do zwykłego rytmu: poranna adoracja, Eucharystia, coś na ząb i w drogę – do Pietropavlovska. I szczerze powiem, że dzień męczący, ale jakże owocny. Jechał ze mną o. Matias, bo musiał złożyć dokumenty i prośbę o pozwolenie na działalność misyjną. Wcześniej wstąpiliśmy do Ojców Redemptorystów, gdzie obecnie jest tylko o. Andrzej, nota bene nasz dziekan. Tam obiadek, kawka i spotkanie z Panem od dachów. Może uda się zdążyć zrobić wycenę do końca maja, wtedy będą szanse na jakąś pomoc (proszę o modlitwę), bo niestety, siostry już nieraz latały z miskami, a niektórzy w pokojach gościnnych na strychu doświadczyli co to znaczy buran. Potem wizyta u naszych architektów. Mamy już plany i ekspertyzę! Już tylko umowy na nadzór i budowę i w ciągu jednego dnia możemy uzyskać pozwolenie i zaczynać budować. Po to pojadę pewnie w poniedziałek. Potem pojechaliśmy do szpitala odwiedzić s. Natalię, która wczoraj przeszła operację kręgosłupa. No czuła się jak to operacji, więc długo nie siedzieliśmy. W drodze powrotnej jeszcze tylko kupiłem dwie opony i zajechałem na ”szynomontaż”. Ciekawe to było i bardzo uczące. Nie ze względów technicznych. Dwóch młodych ludzi, można rzec chłopaków. Oczywiści zapytali się skąd jestem i potem po co przyjechałem. Tutaj koloratka czy sutanna nie jest jakimś oczywistym znakiem. I potem, kiedy powiedziałem, że jestem księdzem, szereg pytań. Na przykład czy moja rodzina została w Polsce. A jak powiedziałem, że nie mam rodziny, bo my się nie żenimy, to zapytali się, jak w takim razie przedłużamy swój ród? To piszę nie tylko po to, aby się uśmiechnąć. Bardziej po to, aby uświadomić, jak biedni są tutaj ludzie pod względem duchowym. Oczywiście, to nie byli Kazachowie. Pytali się w co wierzą katolicy, a potem jeden drugiego pół żartem zapytał: a Ty w co wierzysz? Na co tamten odpowiedział: ja w samego siebie. Komentować nie trzeba. Tylko się modlić. Ale myślę, że nawet takie spotkania nie są przypadkiem, a czymś „ustawianym” przez Pana Boga. Żeby coś nam uświadomić, albo otworzyć oczy, nam że są ludzie żyjący bez jakiegokolwiek duchowości, a im może, że istnieje jakiś świat poza światem materialnym.

To tyle na dzisiaj. Idę spać. Jutro nie muszę wstawać, rozkosz. Może nadgonię te cztery godziny, które mi zginęły w samolocie? A, koty mnie poznały. Maurycy leży właśnie na moim łóżku. Już połowę łóżka zajmuje. Marcjanny jeszcze nie widziałem, bo poszła do Pani Toni, z tęsknoty za mną oczywiście. Jutro idę w odwiedziny.

To dobrej nocy i z Bogiem – o. Tomasz

3 responses to “I po raz kolejny… Oziornoje

  1. A nam bylo milo Ksiedza spotkac w Skoloszowie! Przykro ze w takich okolicznosciach ale tylko w takich chwilach ludzie sa razem! Pozdrawia rodzina Szczurków!

  2. Wspaniały wpis. Samymi opisami podróży się zmęczyłam – ja nawet bym nie zapamiętała co było kiedy🙂 I najlepszy fragment: „Potem sms do Księdza Arcybiskupa z pytaniem gdzie pijemy kawę.”🙂
    Z nieustanną modlitwą! +

  3. dziękuję Panu Bogu, że przez Twoje kapłaństwo daje mi tyyyle radości

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s